A zaczęło się tak: odwlekałem wyjazd z kempingu, bo w nocy znowu lało i chciałem podsuszyć namiot. Płonne nadzieje, musiałbym czekać do popołudnia, bo wtedy dopiero wyszło konkretne słońce. No i ok. 10.00 ruszyłem na to Topiło, nawiedzając po drodze Miejsce Mocy. To rzekomo jeszcze pogańskie uroczysko z powykręcanymi (acz młodymi) drzewami i głazami ułożonymi w krąg. Podobno wrażliwcy coś tam czują, jakieś dreszcze, wibracje czy cuś… Ja czułem wibracje jak tam jechałem po korzeniach a mocy doznałem o tyle, że mnie porządnie z-mocy-ło. Ergo: jestem gruboskórny i szlus. No i przez te gusła wrąbałem się w puszczę wilgotną i oślizłą, której 20 km przemierzałem 3 godziny. Oj dobrze, że wczoraj się nie wybrałem, bo by mnie wilcy zjedli. W Topile jednak była jakaś agroturystyka ale mnie na ową chwilę zainteresował sklep, gdzie oczywiście kupiłem i niezwłocznie spożyłem małe p.
Tu dygresja odnośnie życzeń przyjaciół ze słonecznej Italii (aż tam mnie czytają!), żeby mnie co przykrego spotkało, bo wyprawa nieważna. No to odpowiadam – a te 20 km przez wertepy, kałuże i chaszcze to nic? Nie polecam, gdyby ktokolwiek, kiedykolwiek…
Potem nie było wiele lepiej, niby asfaltami ale na „okrętkę” z wyraźną awersja do powrotu w teren. No i dlatego o 16-tej miałem najechane niecałe 50, podczas gdy spotkany w Kleszczelach (kolejna ładna cerkiew) samotny wyprawowicz dookoła Polski - aż 100 km. To był gość z Elbląga, w trasie od Bożego Ciała - w 17 dniu jazdy miał na liczniku 2600 km ale nic nie zwiedzał. Co ciekawe, sprzęt miał skromniejszy od mojego… Czyli się chce – się jedzie.
W Milejczycach bardziej szukałem baru niż drewnianego kościoła zaznaczonego na mapie. Ale ani jednego, ani drugiego nie znalazłem. Do tego wojowałem z myślami, czy pociągnąć na Mielnik, gdzie mógł być ale nie musiał – prom, czy Bug przekroczyć mostem w Siemiatyczach. Wygrała opcja zachowawcza a posiliłem się dopiero w Żerczycach. Frykasy to nie były – fasolka z mikrofali i Żubr z kija. Do tych Siemiatycz Szlo jak krew z nosa, mimo ogólnego dobrostanu zaczęły mnie ostro napierniczać nadgarstki. O, jeszcze czegoś takiego nie czułem, ciekawe, co będzie jutro?
A Siemiatycze nic ciekawego ,do tego noclegów jak na lekarstwo a w cenach kosmologicznych. Młode małżeństwo, u których zasięgnąłem języka radzili jechać za Bug no i jechałem, jechałem…
Ale przynajmniej mam luksusa – TV w pokoju na agroturystyce „U Małgosi” - tylko, że załapałem się na porażkę naszych wolejbolistów z Ruskimi.
Jutro zmieniam mapę, bo nieoczekiwanie znalazłem się w Mazowieckiem. A plany? Życie pokaże.
Pokaż Białowieża-Mierzwice na większej mapie
sobota, 9 lipca 2011
piątek, 8 lipca 2011
Dzień szósty, Jałówka - Białowieża czyli 75 km w większości, niespodziewanie acz zasłużenie w terenie.
Dziś zapragnąłęm odpocząć od wygód i zległem na kempingu w Białowieży. No, ` Rafciowi jak zadzwonił podałem, że jeszcze bedę jechał. A nie pojechałem, bo: znów miało być szutrami, nie było pewne czy w docelowym Topile jest choćby pole namiotowe, chyba przepołowiłem trasę, to co się będę spieszył...
Oprócz telefonu miałem jeszcze dwa sms-y od wiernych kibiców. To działa! Stachu don't worry, przerzuciłem się na k.ch. Aniu - fakt, poświeciło dziś trochę i elektryka podładowana.
Zaczęło sie obiecująco - ok. 9.00 pożegnałem p. Mariana i jego kolegę Wieśka, o którym wczoraj zapomniałem wspomnieć. Krakusy wyruszyli chwilę wcześniej i tyle ich widziałem, chociaż z 8 km jechałem po ich charakterystycznych śladach (grube opony, duże klocki). I jakbym jechał dalej, pewnie nie blądziłbym łąkami i lasami nad zalewem Siemianówka tylko, jak chciałem, przejechał groblą wzdłuż torów kolejowych. Trwało z godzinę a licznikowo 10 km zanim zorientowałem się, że objezdżam zalew z drugiej strony, więc machnąłem ręką i pojechałem na Juszkowy Gród. Tu pod sklepem, gdzie uzupełniłem płynne paliwo nasłuchałem sie białoruskiej mowy! Dwaj panowie rozprawiali o różnych sprawach i prawie wszystko zrozumiałem ale zdziwko pozostało. Uwaga regionalizm: w tych stronach u Polaków i Białorusinów ryby mają kosći! Z Juszkowego (ładna cerkiew)do Narewki też nie poszło bezproblemowo, ciagle mi majaczyła ta miejscowość Siemianówka, więc zaliczyłem niechcący Rybaki... W Narewce (ładna cerkiew) posiliłem się w Bojarskim Gościńcu (co za mania nazywać knajpy gościńcami - toż to trakt albo prezent), chłodnik był dobry, do tego ziemniaczki z tłuszczykiem... mniam. Na drugie poszły placki ziemniaczane z sosem grzybowym (piątek!) a na trzecie buteleczka kwasu chlebowego. No i ten, cholerka, kosztował całe 7 zł co podbiło nad miarę cenę posiłku. Od jutra wracam do p. i jednego dania!
Z Narewki znów było po żwirku aż do Starej Białowieży, gdzie podumałem pod Królewskimi Dębami (Mendog, Witold, Kazimierz Wielki itd.) i zeszło na ten odcinek ze 2 godziny. Po 5 km dość żwawo, bo po asfalcie pokonanych, wjechałem do pałacowego parku. Park ciekawy ale próżno szukałem pałacu. A był carski, tyle że w 1944 nadpalił się a gomółkowcy, miast go odbudować - wysadzili w powietrze i postawili paskudne gmaszysko.
Ot i tyle wrażeń na dziś. Acha, biwakuje tu ze mną kilkunastoosobowa grupa z Łodzi - z dwóch panów przyjacielsko zagadnęło ale na wódkę nie prosili. A na pewno coś piją, bo spod zadaszenia, gdzie się zgromadzili dochodzą krzyki. Zresztą może to specyfika grupy, jest tam kilka pań... Jedna, samotna, ma nawet namiot po sąsiedzku ale będzie musiała się zadowolić moim, podobnym do warkotu czołgu, chrapaniem:)
Towarzysze poprzednich wypraw nie gniewajcie się ale zaczynam doceniać samotną wędrówkę. Człowiek wolny jak ptak a pewne sprawy zalegające cieniem na duszy - jaśnieją.
Jutro spróbuję dociągnąć do Janowa Podlaskiego. Pewnie dam radę bo zacznę od Miejsca Mocy!
Pokaż Jałówka-Białowieża na większej mapie
Oprócz telefonu miałem jeszcze dwa sms-y od wiernych kibiców. To działa! Stachu don't worry, przerzuciłem się na k.ch. Aniu - fakt, poświeciło dziś trochę i elektryka podładowana.
Zaczęło sie obiecująco - ok. 9.00 pożegnałem p. Mariana i jego kolegę Wieśka, o którym wczoraj zapomniałem wspomnieć. Krakusy wyruszyli chwilę wcześniej i tyle ich widziałem, chociaż z 8 km jechałem po ich charakterystycznych śladach (grube opony, duże klocki). I jakbym jechał dalej, pewnie nie blądziłbym łąkami i lasami nad zalewem Siemianówka tylko, jak chciałem, przejechał groblą wzdłuż torów kolejowych. Trwało z godzinę a licznikowo 10 km zanim zorientowałem się, że objezdżam zalew z drugiej strony, więc machnąłem ręką i pojechałem na Juszkowy Gród. Tu pod sklepem, gdzie uzupełniłem płynne paliwo nasłuchałem sie białoruskiej mowy! Dwaj panowie rozprawiali o różnych sprawach i prawie wszystko zrozumiałem ale zdziwko pozostało. Uwaga regionalizm: w tych stronach u Polaków i Białorusinów ryby mają kosći! Z Juszkowego (ładna cerkiew)do Narewki też nie poszło bezproblemowo, ciagle mi majaczyła ta miejscowość Siemianówka, więc zaliczyłem niechcący Rybaki... W Narewce (ładna cerkiew) posiliłem się w Bojarskim Gościńcu (co za mania nazywać knajpy gościńcami - toż to trakt albo prezent), chłodnik był dobry, do tego ziemniaczki z tłuszczykiem... mniam. Na drugie poszły placki ziemniaczane z sosem grzybowym (piątek!) a na trzecie buteleczka kwasu chlebowego. No i ten, cholerka, kosztował całe 7 zł co podbiło nad miarę cenę posiłku. Od jutra wracam do p. i jednego dania!
Z Narewki znów było po żwirku aż do Starej Białowieży, gdzie podumałem pod Królewskimi Dębami (Mendog, Witold, Kazimierz Wielki itd.) i zeszło na ten odcinek ze 2 godziny. Po 5 km dość żwawo, bo po asfalcie pokonanych, wjechałem do pałacowego parku. Park ciekawy ale próżno szukałem pałacu. A był carski, tyle że w 1944 nadpalił się a gomółkowcy, miast go odbudować - wysadzili w powietrze i postawili paskudne gmaszysko.
Ot i tyle wrażeń na dziś. Acha, biwakuje tu ze mną kilkunastoosobowa grupa z Łodzi - z dwóch panów przyjacielsko zagadnęło ale na wódkę nie prosili. A na pewno coś piją, bo spod zadaszenia, gdzie się zgromadzili dochodzą krzyki. Zresztą może to specyfika grupy, jest tam kilka pań... Jedna, samotna, ma nawet namiot po sąsiedzku ale będzie musiała się zadowolić moim, podobnym do warkotu czołgu, chrapaniem:)
Towarzysze poprzednich wypraw nie gniewajcie się ale zaczynam doceniać samotną wędrówkę. Człowiek wolny jak ptak a pewne sprawy zalegające cieniem na duszy - jaśnieją.
Jutro spróbuję dociągnąć do Janowa Podlaskiego. Pewnie dam radę bo zacznę od Miejsca Mocy!
Pokaż Jałówka-Białowieża na większej mapie
czwartek, 7 lipca 2011
Dzień piąty, Bohoniki - Jałówka, czyli wcale nie marne 74 km szutrami i kocimi łbami Szlaku Tatarskiego.
Obudziłem się dość wcześnie, bo nazwany przeze mnie w myślach "agronomem" (certyfikuje produkcję ekologiczną) sąsiad zaczął się krzątać. Do tego obudziły się trzy piekielnie szybkie muchy i zaczęły brzęczeć a łaskotać... Ręcznik okazał sie bronią zbyt małego kalibru.
Pomny wczorajszego otępienia zrobiłem kawę i czekając aż przestygnie przeglądałem tomik wierszy Musy Czachorowskiego. Jedna wielka tęsknota za stepem... Też czasem to odczuwam więc czyżbym był Tatarem spod Radomia? Zresztą nawet gospodyni stwierdziła, ze na Tatara bym się nadał lepiej, niż ten co go odgrywa w "Barwach szczęścia". A stwierdzenie to padło , gdy przyglądałem się przygotowywaniu pierekaczewnika przez panią Eugenię Radkiewicz i jej koleżankę. Nie powiem, roboty z jednym było na 20 minut a na swoją kolej czekało jeszcze ze 20 sztuk. Nie będę tu opisywał technologii ale apetytu na to regionalne cudo nabrałem, tylko że to danie obiadowe a ja byłem jeszcze przed śniadaniem. Skosztowałem go jednak w Kruszynianach...
Pokręciłem się trochę przy meczecie i ruszyłem na Malawicze. Tu pokosztowałem malin, dziko rosnących przy rozpadającym się wiatraku i nie mieszkając (ktoby tam w wiatraku mieszkał) udałem się na Babiki. Asfalty tu były nowe, unijne jednak za Babikami (gdzie w końcu zjadłem tą bułkę z kefirem tym razem) zaczęły się kocie łby jeszcze z czasów carskich. Oj, biednie się jechało więc powrót asfaltu po 10 km powitałem entuzjastycznie.
A prowadził on do Krynek i dalej do Kruszynian. Wioska ta z zielonym meczetem i starym mizarem od pewnego czasu stała się turystyczną atrakcją, toteż ludzi tu było sporo a część z nich przyjechała autokarem. W oczekiwaniu na usługę przewodnika nawiązałem kontakt pierwszego stopnia z parą sakwiarzy, tyle że na fullach. A nie był to stopień ostatni... Po wysłuchaniu ze swadą prowadzonego wykładu Dżemila (wspomniany przewodnik) spotkałem ich jeszcze na mizarze, gdzie podzieliliśmy się marszrutowymi planami. Z grubsza się pokrywały , chociaż oni dysponując odpowiedniejszym sprzętem wybrali wariant bardziej terenowy. Rzuciłem "może sie spotkamy na trasie" i jak się okazało - duch proroczy we mnie wstąpił...
A ziszczenie się proroctwa nastąpiło po 26 km szutrów i kocich łbów pod sklepem w Jałówce. Już od paru minut jechałem w deszczu ,więc gdyby nie braki w zaopatrzeniu (picie się kończyło) pewnie pociągnąłbym dalej ale zajechałem do sklepu. A tam przeczekiwali oni: Kasia i Andrzej z Krakowa - globtroterzy co się zowie, bowiem już od trzech tygodni w trasie rowerowo-kajakowej. W wiejskim sklepie najłatwiej o informacje, więc chciwie nadstawiałem ucha na słowo nocleg. No i jeden z klientów oraz jego córka (Ania jak się okazało) dali cynk o panu mogącym go zapewnić.
Mowa o panu Marianie Hajduczenii - szwagrze owego klienta i chrzestnym rzeczonej Ani. Przemiły, oryginalny właściciel dużego domu nadszedł spory kawałek po tym, jak mnie a potem Kasię i Andrzeja powitały dwa psy i fantastyczna kotka. Wprawdzie p. Marian nie prowadzi agroturystyki ale skoro zwierzaki nas zaakceptowały - zaprosił na pokoje. Po pierwszych oblucjach zeszliśmy do kuchni "na herbatkę", która okazała się wcale wystawną kolacją ubarwioną ciekawymi opowieściami gospodarza o historii tych stron. Pośpiewaliśmy nawet a na pamiątkę dostaliśmy po boratynce - miedziaku z czasów Jana Kazimierza. Dlatego tak późno piszę a o zamieszczeniu zdjęć nawet nie myślę. Jutro Białowieża...
Pokaż Bohoniki-Jałówka na większej mapie
Pomny wczorajszego otępienia zrobiłem kawę i czekając aż przestygnie przeglądałem tomik wierszy Musy Czachorowskiego. Jedna wielka tęsknota za stepem... Też czasem to odczuwam więc czyżbym był Tatarem spod Radomia? Zresztą nawet gospodyni stwierdziła, ze na Tatara bym się nadał lepiej, niż ten co go odgrywa w "Barwach szczęścia". A stwierdzenie to padło , gdy przyglądałem się przygotowywaniu pierekaczewnika przez panią Eugenię Radkiewicz i jej koleżankę. Nie powiem, roboty z jednym było na 20 minut a na swoją kolej czekało jeszcze ze 20 sztuk. Nie będę tu opisywał technologii ale apetytu na to regionalne cudo nabrałem, tylko że to danie obiadowe a ja byłem jeszcze przed śniadaniem. Skosztowałem go jednak w Kruszynianach...
Pokręciłem się trochę przy meczecie i ruszyłem na Malawicze. Tu pokosztowałem malin, dziko rosnących przy rozpadającym się wiatraku i nie mieszkając (ktoby tam w wiatraku mieszkał) udałem się na Babiki. Asfalty tu były nowe, unijne jednak za Babikami (gdzie w końcu zjadłem tą bułkę z kefirem tym razem) zaczęły się kocie łby jeszcze z czasów carskich. Oj, biednie się jechało więc powrót asfaltu po 10 km powitałem entuzjastycznie.
A prowadził on do Krynek i dalej do Kruszynian. Wioska ta z zielonym meczetem i starym mizarem od pewnego czasu stała się turystyczną atrakcją, toteż ludzi tu było sporo a część z nich przyjechała autokarem. W oczekiwaniu na usługę przewodnika nawiązałem kontakt pierwszego stopnia z parą sakwiarzy, tyle że na fullach. A nie był to stopień ostatni... Po wysłuchaniu ze swadą prowadzonego wykładu Dżemila (wspomniany przewodnik) spotkałem ich jeszcze na mizarze, gdzie podzieliliśmy się marszrutowymi planami. Z grubsza się pokrywały , chociaż oni dysponując odpowiedniejszym sprzętem wybrali wariant bardziej terenowy. Rzuciłem "może sie spotkamy na trasie" i jak się okazało - duch proroczy we mnie wstąpił...
A ziszczenie się proroctwa nastąpiło po 26 km szutrów i kocich łbów pod sklepem w Jałówce. Już od paru minut jechałem w deszczu ,więc gdyby nie braki w zaopatrzeniu (picie się kończyło) pewnie pociągnąłbym dalej ale zajechałem do sklepu. A tam przeczekiwali oni: Kasia i Andrzej z Krakowa - globtroterzy co się zowie, bowiem już od trzech tygodni w trasie rowerowo-kajakowej. W wiejskim sklepie najłatwiej o informacje, więc chciwie nadstawiałem ucha na słowo nocleg. No i jeden z klientów oraz jego córka (Ania jak się okazało) dali cynk o panu mogącym go zapewnić.
Mowa o panu Marianie Hajduczenii - szwagrze owego klienta i chrzestnym rzeczonej Ani. Przemiły, oryginalny właściciel dużego domu nadszedł spory kawałek po tym, jak mnie a potem Kasię i Andrzeja powitały dwa psy i fantastyczna kotka. Wprawdzie p. Marian nie prowadzi agroturystyki ale skoro zwierzaki nas zaakceptowały - zaprosił na pokoje. Po pierwszych oblucjach zeszliśmy do kuchni "na herbatkę", która okazała się wcale wystawną kolacją ubarwioną ciekawymi opowieściami gospodarza o historii tych stron. Pośpiewaliśmy nawet a na pamiątkę dostaliśmy po boratynce - miedziaku z czasów Jana Kazimierza. Dlatego tak późno piszę a o zamieszczeniu zdjęć nawet nie myślę. Jutro Białowieża...
Pokaż Bohoniki-Jałówka na większej mapie
środa, 6 lipca 2011
Dzień czwarty, Mikaszówka - Bohoniki, czyli prawie 98 km najpierw Puszczą Augustowską, by przekraczając Biebrzę za jakiś czas wkroczyć na Tatarski Szlak.
Ranek nastał bezdeszczowy. Postanowiłem pospieszyć i nie rozkoszować się kawą, więc małą agroturystykę (tak stało na banerze) opuściłem ok. 8.30. Oczywiście pod sklepem GS-u zjadłem dwie jagodzianki popijając jogurtem a towarzyszem moim był milczący bosy Tadek acz jego menu składało się z papierosa i piwa Wojak. A z tą kawą to był błąd...
Jechałem otępiały jak wół po dniu orki i nie wiedzieć czemu zamiast skręcić w Gruszkach (może jednak dlatego, że odczytałem GROSZKI - oj trzeba będzie te okulary wykupić) pociągnąłem na Białoruś! Dopiero w Kudrynkach kapnąłem się, że lezę w łapy Łukaszence i nie zaryzykowawszy leśnego skrótu, cofnąłem się do wspomnianych Gruszek. I znowu dycha jak psu w d... No niezupełnie, bo okoliczności przyrody Puszczy Augustowskiej były prima sort. Nawet lisa-przecherę spotkałem - chwilę poprzyglądaliśmy się sobie i odpuścił... Nie zjechałem natomiast do żadnej ze śluz Kanału Augustowskiego, chociaż drogowskazów było sporo. Wczoraj widziałem jedną po drodze a druga w Mikaszówce akurat była w remoncie.
Po leśnych ostępach wjechałem do Lipska (przez chwilę myślałem, że dotarłem do NRD) ale to był ten nad Biebrzą. Dopiero tu uzupełniłem kofeinę kawą Segafredo (5 zł!) a płyny - małym p. Podjechałem też pod potężny neogotycki kościół (nie ma co, na tym Podlasiu na wiarę nie skąpią - kościoły okazałe i dobrze utrzymane) a tablica na nieodległym obelisku poinformowała mnie, że stąd do boju wyruszył major Hubal.
W okolicach Jałowa wszedłem na niewysoką (uff) wieżę z widokiem na biebrzańskie chaszcze. Takie widoki to i nad rodzinną Zagożdżonką bym znalazł więc ta Biebrza musi oferować coś jeszcze... Nic za to nie oferuje Dąbrowa Białostocka - ot dziura i tyle. Zjadłszy loda o smaku coli pokierowałem się na Różanystok, gdzie jest znany salezjański kompleks szkolno - wychowawczy i Maryjne sanktuarium... obecnie w remoncie. Nie znalazłem więc wyciszenia w stuku młotków i warkocie wiertarek. Gorzej, rzęsisty deszcz co akurat lunął doprowadził mnie do małej pasji - na szczęście wkrótce ucichł i powodem do burczenia pod nosem został jedynie podlaski szuter z Grodziszczan do Butrymowców. Istna tarka, aż mi zęby dzwoniły. Jechałem tamtędy, żeby ominąć ruchliwą wojewódzką do Sokółki a przy okazji zobaczyć coś. W Siderce był to kościół (zamknięty - jak mają ludzie przychodzić do zamkniętych kościołów?) z obeliskiem(?) pewnej pani, która zginęła tragicznie w 1932 w wieku 34 lat a w Sidrze też zamknięty kościół i ruiny zboru kalwińskiego. Ale dobre i cokolwiek. Wkrótce jednak wjechałem na tą 673-kę, było faliście ale nie wyboiście za to ruchliwie przez ciężarówy z kruszywem z pobliskiej kopalni.
O, Sokółka to jedno z większych rozczarowań, miasteczko bez wyraźnego centrum, z mnóstwem ciucholandów za to bez knajp! Do jedynej, którą minąłem musiałem powrócić, bo mi elektryka siadała. Nie pomnę nazwy ale to ta zaraz po skręcie z szosy dąbrowskiej. Na szczęście były kartacze, na które polowałem od dwóch dni ale chyba niepotrzebnie wziąłem obsmażane bo były suchawe. Nie chciałem się nawadniać p. normalnym, więc poszło Karmi.
Teoretycznie mogłem zacząć szukać noclegu ale mi ta Sokółka obrzydła (gdzie te klimaty od Bromskiego?), więc ruszyłem na Krynki by po paru kilometrach wjechać na Tatarski Szlak i przez Drahle dotrzeć do Bohonik. Tu pod (zamkniętym) meczetem spotkałem sympatyczną czwórkę mieszaną wagi średniej z Łodzi i Tomaszowa. Dziewczęta były śmielsze i podpytywały o sprawy duchowe - że sam, że sporo kilometrów dziennie, że skąd pomysł na taką trasę... Panowie zaś zainteresowali się siodełkiem i czy mam zapasowy łańcuch. Wiadomo, wiara z Marsa! Pozdrawiam niniejszym obie płcie, bo otrzymali linka i być może poczytają.
Zajrzałem jeszcze na tutejszy mizar (cmentarz) i stwierdziłem, że - z wyjątkiem symboli - podobny do innych. Osobliwością może być podawanie imion rodziców zmarłego (pewnie dlatego, że pula nazwisk nadana Tatarom przez polskich królów była skąpa) oraz obecność kamieni lub desek "w nogach" i " w głowach" grobów ziemnych.
Wykorzystałem dogodne warunki na kwaterze (vis a vis meczeciku) i wypławiłem się w wannie! Zrobiłem tez przepierkę w nadziei, ze oczekiwane słoneczko dosuszy mi gacie i skarpety w dniu jutrzejszym.
A jutro ... Nie zerknąłem w rozpiskę ale zdaje się dalsza część Tatarskiego szlaku z Kruszynianami (znanymi z "Barw szczęścia").
Pokaż Mikaszówka-Bohoniki na większej mapie
Puszczańskie siedlisko.
Ogromny, neogotycki w Lipsku.
A to bazylika w Rózanymstoku.
Ten stoi w Siderce...
... a ten w Sidrze.
Ten podobno grał w "U Pana Boga...", będę musiał zweryfikować.
Początek Tatarskiego Szlaku.Meczet w Bohonikach.Tomaszowianie i Łodziacy - tez w Bohonikach.
Pełen wywód pochodzenia na tatarskich nagrobkach.
Może jak kopczyk zniknie - chociaż kamienie wskażą miejsce...
Stanowisko gotowe...
Jechałem otępiały jak wół po dniu orki i nie wiedzieć czemu zamiast skręcić w Gruszkach (może jednak dlatego, że odczytałem GROSZKI - oj trzeba będzie te okulary wykupić) pociągnąłem na Białoruś! Dopiero w Kudrynkach kapnąłem się, że lezę w łapy Łukaszence i nie zaryzykowawszy leśnego skrótu, cofnąłem się do wspomnianych Gruszek. I znowu dycha jak psu w d... No niezupełnie, bo okoliczności przyrody Puszczy Augustowskiej były prima sort. Nawet lisa-przecherę spotkałem - chwilę poprzyglądaliśmy się sobie i odpuścił... Nie zjechałem natomiast do żadnej ze śluz Kanału Augustowskiego, chociaż drogowskazów było sporo. Wczoraj widziałem jedną po drodze a druga w Mikaszówce akurat była w remoncie.
Po leśnych ostępach wjechałem do Lipska (przez chwilę myślałem, że dotarłem do NRD) ale to był ten nad Biebrzą. Dopiero tu uzupełniłem kofeinę kawą Segafredo (5 zł!) a płyny - małym p. Podjechałem też pod potężny neogotycki kościół (nie ma co, na tym Podlasiu na wiarę nie skąpią - kościoły okazałe i dobrze utrzymane) a tablica na nieodległym obelisku poinformowała mnie, że stąd do boju wyruszył major Hubal.
W okolicach Jałowa wszedłem na niewysoką (uff) wieżę z widokiem na biebrzańskie chaszcze. Takie widoki to i nad rodzinną Zagożdżonką bym znalazł więc ta Biebrza musi oferować coś jeszcze... Nic za to nie oferuje Dąbrowa Białostocka - ot dziura i tyle. Zjadłszy loda o smaku coli pokierowałem się na Różanystok, gdzie jest znany salezjański kompleks szkolno - wychowawczy i Maryjne sanktuarium... obecnie w remoncie. Nie znalazłem więc wyciszenia w stuku młotków i warkocie wiertarek. Gorzej, rzęsisty deszcz co akurat lunął doprowadził mnie do małej pasji - na szczęście wkrótce ucichł i powodem do burczenia pod nosem został jedynie podlaski szuter z Grodziszczan do Butrymowców. Istna tarka, aż mi zęby dzwoniły. Jechałem tamtędy, żeby ominąć ruchliwą wojewódzką do Sokółki a przy okazji zobaczyć coś. W Siderce był to kościół (zamknięty - jak mają ludzie przychodzić do zamkniętych kościołów?) z obeliskiem(?) pewnej pani, która zginęła tragicznie w 1932 w wieku 34 lat a w Sidrze też zamknięty kościół i ruiny zboru kalwińskiego. Ale dobre i cokolwiek. Wkrótce jednak wjechałem na tą 673-kę, było faliście ale nie wyboiście za to ruchliwie przez ciężarówy z kruszywem z pobliskiej kopalni.
O, Sokółka to jedno z większych rozczarowań, miasteczko bez wyraźnego centrum, z mnóstwem ciucholandów za to bez knajp! Do jedynej, którą minąłem musiałem powrócić, bo mi elektryka siadała. Nie pomnę nazwy ale to ta zaraz po skręcie z szosy dąbrowskiej. Na szczęście były kartacze, na które polowałem od dwóch dni ale chyba niepotrzebnie wziąłem obsmażane bo były suchawe. Nie chciałem się nawadniać p. normalnym, więc poszło Karmi.
Teoretycznie mogłem zacząć szukać noclegu ale mi ta Sokółka obrzydła (gdzie te klimaty od Bromskiego?), więc ruszyłem na Krynki by po paru kilometrach wjechać na Tatarski Szlak i przez Drahle dotrzeć do Bohonik. Tu pod (zamkniętym) meczetem spotkałem sympatyczną czwórkę mieszaną wagi średniej z Łodzi i Tomaszowa. Dziewczęta były śmielsze i podpytywały o sprawy duchowe - że sam, że sporo kilometrów dziennie, że skąd pomysł na taką trasę... Panowie zaś zainteresowali się siodełkiem i czy mam zapasowy łańcuch. Wiadomo, wiara z Marsa! Pozdrawiam niniejszym obie płcie, bo otrzymali linka i być może poczytają.
Zajrzałem jeszcze na tutejszy mizar (cmentarz) i stwierdziłem, że - z wyjątkiem symboli - podobny do innych. Osobliwością może być podawanie imion rodziców zmarłego (pewnie dlatego, że pula nazwisk nadana Tatarom przez polskich królów była skąpa) oraz obecność kamieni lub desek "w nogach" i " w głowach" grobów ziemnych.
Wykorzystałem dogodne warunki na kwaterze (vis a vis meczeciku) i wypławiłem się w wannie! Zrobiłem tez przepierkę w nadziei, ze oczekiwane słoneczko dosuszy mi gacie i skarpety w dniu jutrzejszym.
A jutro ... Nie zerknąłem w rozpiskę ale zdaje się dalsza część Tatarskiego szlaku z Kruszynianami (znanymi z "Barw szczęścia").
Pokaż Mikaszówka-Bohoniki na większej mapie
Puszczańskie siedlisko.
Ogromny, neogotycki w Lipsku.
A to bazylika w Rózanymstoku.
Ten stoi w Siderce...
... a ten w Sidrze.
Ten podobno grał w "U Pana Boga...", będę musiał zweryfikować.
Początek Tatarskiego Szlaku.Meczet w Bohonikach.Tomaszowianie i Łodziacy - tez w Bohonikach.
Pełen wywód pochodzenia na tatarskich nagrobkach.
Może jak kopczyk zniknie - chociaż kamienie wskażą miejsce...
Stanowisko gotowe...
wtorek, 5 lipca 2011
Dzień trzeci, Olecko - Mikaszówka, czyli marne 85 km przeważnie po Podlasiu.
Ło matko, ale leje! A tak pięknie się dzień zaczął: i słońce prawdziwe i Dariusz zadzwonił z powinszowaniem imienin, o których sam zapomniałem... No, niepiękne było może moje zbieranie się, od przebudzenia ponad dwie godziny trwało bo zacząłem celebrować. A to kawę sobie zrobiłem a to do neta zajrzałem i wrzuciłem wczorajsze fotki a to namiot zacząłem zwijać.
Na olecki rynek - ponoć jeden z największych w Europie, ale to samo wyczytałem oraz naocznie sprawdziłem o Czeskich Budziejowicach i Padwie - ledwo zajrzałem. Trudno porównać, bo ten akurat zarośnięty i zabudowany wielkim, nowoczesnym i nieładnym kościołem. A jak ruszyłem na Suwałki to zaraz na pierwszym zjeździe zawadziłem piętą o prawą sakwę a ta sruu... do rowu. Struchlałem, bo w niej było to, na czym teraz piszę! No i szczęście, bo jakby netbook był w lewej i ta akurat by spadła jak nic przejechałby po niej tir, co zaraz nadjechał. Tak więc pakujcie cenne rzeczy do prawej sakwy no i sprawdzajcie czy ona dobrze się trzyma bagażnika!
Do Suwałk wiatry były niezgorsze a i górki mniejsze, niż wczoraj. Dopiero po fakcie wyczytałem, że przemierzałem Mazury Garbate, ci ludzie jak coś wymyślą... W Bakałarzewie zjechałem z drogi za namową drogowskazu o nieodległym schronie. A schron, jak sama nazwa wskazuje schronił się w lesie tak, że tylko mnie muszki pogryzły. Ja tego stawiacza tabliczek jeszcze kiedyś dorwę!
No i od Bakałarzewa do samych Suwałk - tzw. asfalt płytowy, czyli na podbudowie betonowych płyt, których łączenia po czasie zamieniają się w bruzdy rozmaitej szerokości. O, jak pięknie to daje po nadgarstkach! Zatem drugi "myśliciel" z tamtych stron do dorwania...
Suwałki, dotarłem tu kwadrans po południu i ze trzy kwadranse zabawiłem. Głównie zleciało na pożywianiu się bułką z jogurtem - no i to p. puszkowe, co je wczoraj kupiłem tak ciążyło w sakwie, że je wylałem... do gardła. Użyłem przy tym triku, który znałem od dawna z amerykańskich filmów a zrozumiałem z parę lat temu. Cóż w tych Suwałkach zwiedzać? Piszą, że zabudowę klasycystyczną ale cóż jak na tych 19-wiecznych kamieniczkach szyldy banków i ubezpieczalni. Więc po przestudiowaniu planu miasta ruszyłem na Płociczno po drodze mijając kościół ewangelicko-augsburski i dom, w którym urodziła się Konopnicka. Tablica głosi, że obrończyni ludu. Coś nie mogłem sobie sobie tego ludu przypomnieć, więc w myślach wcieliłem doń naszą szkapę i ruszyłem dalej.
O, i tu już było ładnie - lasy, raczej z górki i nawet wplecywind delikatnie zawiewał. Tylko asfalt marny, to się nie dało pospieszyć. W Płocicznie pokręciłem się przy stacji kolejki wąskotorowej, a że nie nadjechała to i wycieczki nie zaliczyłem. Zresztą, czy wzięliby z rowerem? Robiło się późnawo, a kilometry mijały ospale. Może sił nie mam, pomyślałem, i stanąłem na popas w barze U Florka w Mołowistem. Myślałem, że sielawa to jakaś wielka ryba a tu pani przyniosła trzy płoteczki i to z ośćmi! No ale te ości nieszkodliwe a rybka smaczna. Do tego duże p. oczywiście.
Już zacząłem wyliczać ile to do tej Dąbrowy muszę jechać i wychodziło, że dłuuugo. Do tego w Płaskiej (Płasce? pierońskie odmiany nazw) dopadł mnie spory deszcz, który początkowo przeczekiwałem słuchając Basi Stępniak-Wilk (polecam!). Na przeczekanie całkowite nie zanosiło się jednak, więc ruszyłem w mojej żółtej płachcie nucąc "nadchodzi słodka chwila zmian..." I tak nuciłem a czasami darłem japę aż do Mikaszówki. Szyldy zachęcające do noclegu minąłem bez drgnienia powieki, jak na twardziela przystało ale zaraz za zakrętem, gdy okazało się, że wieś się kończy a z mapy wypadało 30 km do następnej , wróciłem i zgodziłem pokój za 30 zł. Czysto, że można z podłogi jeść (spraktykowałem, bo wysypały mi się orzeszki), tylko ludzie jakoś tak nie po naszemu mówią - pewnie po kaszubsku. (Bromski)
To na jutro nie określam kilometrażu, zresztą jakbym tak po stówce leciał - za tydzień wyprawa skończyłaby się. A trzeba mi dalej odjechać...
Pokaż Olecko-Mikaszówka na większej mapie
Olecko - bye, bye.
Bakałarzewo - z daleka nawet niezły widok...
Guzik ci do tego, co piję!
O tu się urodziła Maria K.
Do małych pociągów pociąg mam nawet spory...
Wigry w Bryzglu - i brzmi, i wyglada cudnie.
Śluza, czyli przepust.Miejsce spoczynku i pisarzenia.
Na olecki rynek - ponoć jeden z największych w Europie, ale to samo wyczytałem oraz naocznie sprawdziłem o Czeskich Budziejowicach i Padwie - ledwo zajrzałem. Trudno porównać, bo ten akurat zarośnięty i zabudowany wielkim, nowoczesnym i nieładnym kościołem. A jak ruszyłem na Suwałki to zaraz na pierwszym zjeździe zawadziłem piętą o prawą sakwę a ta sruu... do rowu. Struchlałem, bo w niej było to, na czym teraz piszę! No i szczęście, bo jakby netbook był w lewej i ta akurat by spadła jak nic przejechałby po niej tir, co zaraz nadjechał. Tak więc pakujcie cenne rzeczy do prawej sakwy no i sprawdzajcie czy ona dobrze się trzyma bagażnika!
Do Suwałk wiatry były niezgorsze a i górki mniejsze, niż wczoraj. Dopiero po fakcie wyczytałem, że przemierzałem Mazury Garbate, ci ludzie jak coś wymyślą... W Bakałarzewie zjechałem z drogi za namową drogowskazu o nieodległym schronie. A schron, jak sama nazwa wskazuje schronił się w lesie tak, że tylko mnie muszki pogryzły. Ja tego stawiacza tabliczek jeszcze kiedyś dorwę!
No i od Bakałarzewa do samych Suwałk - tzw. asfalt płytowy, czyli na podbudowie betonowych płyt, których łączenia po czasie zamieniają się w bruzdy rozmaitej szerokości. O, jak pięknie to daje po nadgarstkach! Zatem drugi "myśliciel" z tamtych stron do dorwania...
Suwałki, dotarłem tu kwadrans po południu i ze trzy kwadranse zabawiłem. Głównie zleciało na pożywianiu się bułką z jogurtem - no i to p. puszkowe, co je wczoraj kupiłem tak ciążyło w sakwie, że je wylałem... do gardła. Użyłem przy tym triku, który znałem od dawna z amerykańskich filmów a zrozumiałem z parę lat temu. Cóż w tych Suwałkach zwiedzać? Piszą, że zabudowę klasycystyczną ale cóż jak na tych 19-wiecznych kamieniczkach szyldy banków i ubezpieczalni. Więc po przestudiowaniu planu miasta ruszyłem na Płociczno po drodze mijając kościół ewangelicko-augsburski i dom, w którym urodziła się Konopnicka. Tablica głosi, że obrończyni ludu. Coś nie mogłem sobie sobie tego ludu przypomnieć, więc w myślach wcieliłem doń naszą szkapę i ruszyłem dalej.
O, i tu już było ładnie - lasy, raczej z górki i nawet wplecywind delikatnie zawiewał. Tylko asfalt marny, to się nie dało pospieszyć. W Płocicznie pokręciłem się przy stacji kolejki wąskotorowej, a że nie nadjechała to i wycieczki nie zaliczyłem. Zresztą, czy wzięliby z rowerem? Robiło się późnawo, a kilometry mijały ospale. Może sił nie mam, pomyślałem, i stanąłem na popas w barze U Florka w Mołowistem. Myślałem, że sielawa to jakaś wielka ryba a tu pani przyniosła trzy płoteczki i to z ośćmi! No ale te ości nieszkodliwe a rybka smaczna. Do tego duże p. oczywiście.
Już zacząłem wyliczać ile to do tej Dąbrowy muszę jechać i wychodziło, że dłuuugo. Do tego w Płaskiej (Płasce? pierońskie odmiany nazw) dopadł mnie spory deszcz, który początkowo przeczekiwałem słuchając Basi Stępniak-Wilk (polecam!). Na przeczekanie całkowite nie zanosiło się jednak, więc ruszyłem w mojej żółtej płachcie nucąc "nadchodzi słodka chwila zmian..." I tak nuciłem a czasami darłem japę aż do Mikaszówki. Szyldy zachęcające do noclegu minąłem bez drgnienia powieki, jak na twardziela przystało ale zaraz za zakrętem, gdy okazało się, że wieś się kończy a z mapy wypadało 30 km do następnej , wróciłem i zgodziłem pokój za 30 zł. Czysto, że można z podłogi jeść (spraktykowałem, bo wysypały mi się orzeszki), tylko ludzie jakoś tak nie po naszemu mówią - pewnie po kaszubsku. (Bromski)
To na jutro nie określam kilometrażu, zresztą jakbym tak po stówce leciał - za tydzień wyprawa skończyłaby się. A trzeba mi dalej odjechać...
Pokaż Olecko-Mikaszówka na większej mapie
Olecko - bye, bye.
Bakałarzewo - z daleka nawet niezły widok...
Guzik ci do tego, co piję!
O tu się urodziła Maria K.
Do małych pociągów pociąg mam nawet spory...
Wigry w Bryzglu - i brzmi, i wyglada cudnie.
Śluza, czyli przepust.Miejsce spoczynku i pisarzenia.
poniedziałek, 4 lipca 2011
Dzień wtóry, Mikołajki - Olecko, czyli 100-ka, która nie miała prawa pęknąć za to ja zaczynam...
Dziś nocleguję w komforcie na moją miarę, czyli domku z prysznicem i wc. No i jest PRĄD, więc wszystko, co się da ładuję. Domek ten zaś to najskromniejsza część kompleksu przy ulicy Sembrzyckiego 13 w Olecku, zwanego Hotelikiem. Miły i nie chciwy gospodarz oraz dwa fajne psiaki - Dżet i Tajson. No, są jeszcze studenciaki z tutejszej Wyższej Szkoły Gotowania Na Gazie ale ściszyli muzykę i pewnie uczą się, bo podobno mają zaliczać. Czyli jest cudnie...
A nie zanosiło się - budząc się w nocy i słuchając plaskania deszczu o dach namiociku, w myślach rozwijałem skrót p.k.p. i nie było tam słowa o kolejnictwie... Na szczęście nad ranem zacichło ale namiot zmókł - właśnie go porozwieszałem, żeby nie zbutwiał. Może się jeszcze przydać, chociaż ciaśniocha w nim straszna.
Wyruszyłem dopiero o 10-tej, po tradycyjnej bułce z jogurtem. Z początku było nieźle, chociaż wiatr już zaczął dokuczać. Objeżdżając jezioro Jagodne zajrzałem na pole namiotowe Pod Pompą, gdzie dwukrotnie biwakowaliśmy z grupą częstochowską w połowie lat 90-tych. Tam też poznałem Małą, pardon obecnie panią Agnieszkę z Łowicza, którą się opiekowałem na przeróżne sposoby. Owszem, służyłem pomocną dłonią w czasie pływackich wypadów na środek jeziora ale też stawiałem piwo w barze w Rydzewie a kto wie, czy nie pozwoliłem skosztować Krwawej Mary... Dziewczę miało wówczas lat szesnaście. No i w dobie portali społecznościowych wnusia Agusia odnalazła przyszywanego dziadka. Pechowo nie doszło jeszcze do spotkania, chociaż mój młodszy brat ożenił się w tamtych stronach i czasem bywam.
Ale po pompie została tylko tabliczka a i samo biwakowisko nie do poznania - nie mogłem zlokalizować miejsca, gdzie z Darkiem i Bogusiem zakopaliśmy "skarb" w postaci misek i wiaderka plastikowego, z którymi nie chciało nam się tarabanić do pociągu. To miało czekać do następnego razu, ale odchodząc rzuciłem - nigdy tu nie wrócimy... Więc może niepotrzebnie naruszyłem przepowiednię. "Co się stało z naszą klasą?"
A i bar w Rydzewie nie ten sam, nazywa się "U Jakubka" i jakiś taki okazalszy. Wypiłem tam kawę i małe p. (szyfrem gadam, żeby nie namierzyli i nie ukarali.) A potem... muszę się przyznać, że zbłądziłem i zszedłem z dobrej drogi. Tzn. zamiast na Rudę, pojechałem na Miłki i nadłożyłem z 7 km. Dlatego wyszło w sumie te 100.
No i już na tym objeździe musiałem sięgać po strój pedeszcz, zreztą przydał sie jeszcze parokrotnie. I ten wmordewind cały czas. Rafcio wiedział, co mówi życząc dobrych wiatrów, chociaż mój Giant to nie żaglówka...
W Wydminach posiliłem się w karczmie Zagłoba. Tym razem wziąłem okonia (morskiego!) z frytami, duże p. oraz herbatkę z cytryną, bo już mnie schłodziło. Szybko posiłek otrzymałem ale nie mogłem się doczekać rachunku, pewnie przez delikatność pani nie podchodziła, bo studiowałem mapę. No ale wszystko było zjadliwe.
Zwiedzania na tym etapie nie było, jedynie między Wydminami a Wronkami za serce chwycił cudny acz przeznaczony na sprzedaż dom w stylu austerii (może Żydzi by kupili ale chyba nie, oni chcą odzyskiwać, nie kupować).
Do Olecka dojechałem totalnie wypluty, dobrze, że szybko znalazłem nocleg. Jeszcze skoczyłem do Kauflandu i zapomniawszy, że będę to musiał wieźć jak nie w sakwach, to w brzuchu - nakupiłem napojów, bułek, pomidorów. No i przeżarłem się na wieczór...
Dziękuję wzmiankowanej wcześniej Ani S. za słowa otuchy a może i podziwu... i życzę wiary w siebie, którą ja rzekomo posiadam.
Jutro, jak bóg wiatrów (jak mu było?) da - dolecę do Dąbrowy Białostockiej czyli kolejna stówka. Tylko czy da miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę? Bo już cierpi nieco.
Nie wiem czy załadują się zdjęcia, ledwo 3 kreski na łączu. A z mapą to sobie dam spokój, nadrobię potem.
Pokaż Mikołajki-Olecko na większej mapie
Czerwone maki...
Tu była słynna pompa.
Oj, będzie łoić!
Marzenia na sprzedaż.
Mój na jedną noc.
A nie zanosiło się - budząc się w nocy i słuchając plaskania deszczu o dach namiociku, w myślach rozwijałem skrót p.k.p. i nie było tam słowa o kolejnictwie... Na szczęście nad ranem zacichło ale namiot zmókł - właśnie go porozwieszałem, żeby nie zbutwiał. Może się jeszcze przydać, chociaż ciaśniocha w nim straszna.
Wyruszyłem dopiero o 10-tej, po tradycyjnej bułce z jogurtem. Z początku było nieźle, chociaż wiatr już zaczął dokuczać. Objeżdżając jezioro Jagodne zajrzałem na pole namiotowe Pod Pompą, gdzie dwukrotnie biwakowaliśmy z grupą częstochowską w połowie lat 90-tych. Tam też poznałem Małą, pardon obecnie panią Agnieszkę z Łowicza, którą się opiekowałem na przeróżne sposoby. Owszem, służyłem pomocną dłonią w czasie pływackich wypadów na środek jeziora ale też stawiałem piwo w barze w Rydzewie a kto wie, czy nie pozwoliłem skosztować Krwawej Mary... Dziewczę miało wówczas lat szesnaście. No i w dobie portali społecznościowych wnusia Agusia odnalazła przyszywanego dziadka. Pechowo nie doszło jeszcze do spotkania, chociaż mój młodszy brat ożenił się w tamtych stronach i czasem bywam.
Ale po pompie została tylko tabliczka a i samo biwakowisko nie do poznania - nie mogłem zlokalizować miejsca, gdzie z Darkiem i Bogusiem zakopaliśmy "skarb" w postaci misek i wiaderka plastikowego, z którymi nie chciało nam się tarabanić do pociągu. To miało czekać do następnego razu, ale odchodząc rzuciłem - nigdy tu nie wrócimy... Więc może niepotrzebnie naruszyłem przepowiednię. "Co się stało z naszą klasą?"
A i bar w Rydzewie nie ten sam, nazywa się "U Jakubka" i jakiś taki okazalszy. Wypiłem tam kawę i małe p. (szyfrem gadam, żeby nie namierzyli i nie ukarali.) A potem... muszę się przyznać, że zbłądziłem i zszedłem z dobrej drogi. Tzn. zamiast na Rudę, pojechałem na Miłki i nadłożyłem z 7 km. Dlatego wyszło w sumie te 100.
No i już na tym objeździe musiałem sięgać po strój pedeszcz, zreztą przydał sie jeszcze parokrotnie. I ten wmordewind cały czas. Rafcio wiedział, co mówi życząc dobrych wiatrów, chociaż mój Giant to nie żaglówka...
W Wydminach posiliłem się w karczmie Zagłoba. Tym razem wziąłem okonia (morskiego!) z frytami, duże p. oraz herbatkę z cytryną, bo już mnie schłodziło. Szybko posiłek otrzymałem ale nie mogłem się doczekać rachunku, pewnie przez delikatność pani nie podchodziła, bo studiowałem mapę. No ale wszystko było zjadliwe.
Zwiedzania na tym etapie nie było, jedynie między Wydminami a Wronkami za serce chwycił cudny acz przeznaczony na sprzedaż dom w stylu austerii (może Żydzi by kupili ale chyba nie, oni chcą odzyskiwać, nie kupować).
Do Olecka dojechałem totalnie wypluty, dobrze, że szybko znalazłem nocleg. Jeszcze skoczyłem do Kauflandu i zapomniawszy, że będę to musiał wieźć jak nie w sakwach, to w brzuchu - nakupiłem napojów, bułek, pomidorów. No i przeżarłem się na wieczór...
Dziękuję wzmiankowanej wcześniej Ani S. za słowa otuchy a może i podziwu... i życzę wiary w siebie, którą ja rzekomo posiadam.
Jutro, jak bóg wiatrów (jak mu było?) da - dolecę do Dąbrowy Białostockiej czyli kolejna stówka. Tylko czy da miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę? Bo już cierpi nieco.
Nie wiem czy załadują się zdjęcia, ledwo 3 kreski na łączu. A z mapą to sobie dam spokój, nadrobię potem.
Pokaż Mikołajki-Olecko na większej mapie
Czerwone maki...
Tu była słynna pompa.
Oj, będzie łoić!
Marzenia na sprzedaż.
Mój na jedną noc.
niedziela, 3 lipca 2011
Dzień pierwszy, Wielbark-Mikołajki, czyli startowe 87 km w pogodzie i niepogodzie.
No i plan wykonany (kto mnie zna nie zakładał tego jako oczywistości), po dość bezproblemowym rozłożeniu namiotu na kempingu Wagabunda siedzę w pustym ogródku piwnym przy piwku oczywiście i przy pomocy "Nocy i Snów" Magdy Umer odcinam się od płynącego zewsząd zgiełku (taka mp-trójka to jednak niezły wynalazek - np. w trasie chroni uszy przed przewianiem). Czy ci ludzie mają rozum? Z tysiącwatowej aparatury buczą Dni Mikołajek a obsługa baru robi im konkurencję na jakichś chińskich pierdziawkach.
Tak, jak zakładałem - ruszyłem po mszy i zrobiłem zdjęcie pod firmą. Pogoda trochę straszyła ale nie było tak źle - żółte ponczo założyłem raptem dwa razy i to na kilkanaście minut. Pierwsza ciekawa miejscowość to Klon z kilkunastoma drewnianymi chałupami o randze zabytku. Na Mazurach to ewenement - niemiecka tradycja budowlana objawiła sie w czerwonej cegle i kamieniu. Ale to pogranicze, pogranicza mają swoje odmienności i dlatego tak lubię je przemierzać. Cmentarze na przykład - zazwyczaj mieszanka nazwisk, czasem wyznań. Niestety te mazurskie wymarły wraz z ewangelikami - czasem można zauważyć jakieś kwiaty, nie wiadomo przez kogo przyniesione, czasem zabłyśnie bejcą nowe ogrodzenie ale nagrobki w rozsypce. A czy wyryte w piaskowcu zacierające się litery Erna Gonschorek nie mówią wszystkiego o historii tych ziem?
Po paru kilometrach było Wilamowo z uroczym wiejskim stawem. Wszystko zadbane, trawka wystrzyżona, płaczące wierzby,ławeczki, kwiaty w oryginalnych rosochatych donicach - gdyby trafiła się ewentualność romantycznego wieczoru tu bym przyjechał!
Potem, cóż... Szara sakwiarska mitręga - niezły asfalt do Karwicy a dalej wyboje aż za Wojnowo. A w Wojnowie - klasztor starowierców i cmentarzyk. Coś tam wcześniej kojarzyłem ale dopiero tu dotarło, że i prawosławie miało swoją reformację w 16 wieku. Tylko, ze instytucjonalna i odgórną. Ci, co się nie dostosowali byli tępieni i musieli szukać nowych miejsc. Co, ciekawe jeden z odłamów zrezygnował z posług kapłanów, twierdząc, że Bóg odebrał ludziom sakramenty. To tzw. bezpopowcy. Ostatnia mniszka z klasztoru w Wojnowie zmarła w 2006 - teraz jest to własność prywatna aczkolwiek udostępniona za "co łaska".
A za Wojnowem skończyły się "mazowieckie" płaskości a zaczęły pagórki " w sam raz" - takie, że podjeżdża się z prędkością 15 km/h a zjeżdża z 30. I tak do Mikołajek. Po drodze był kryzys 60-go kilometra, który zażegnałem kawałkiem czekolady i napojem energetycznym oraz pełnosprawny posiłek w Ukcie. Tzn. taki miał być ale naczekałem się na półsurowe polędwiczki z pół godziny. Nie polecam zajazdu Jurand!
A Mikołajki? Gdybym był nastawiony żeglarsko, może w jakichś tawernach tutejszych znalazłbym klimat. A tak to widzę tłumy i komercję... No jeszcze połażę, to może zmienię zdanie. Trochę żałuję, że rozbiłem się na wielkim kempingu z dala od centrum ale tylko ten namierzyłem przez internet no i był pierwszy z brzegu (do szału mnie doprowadzały wielogodzinne poszukiwania noclegu za poprzednich wypraw - a może gdzieś będzie taniej albo trawa miększa - i zawsze pierwsze miejsce okazywało się najlepsze). A tu proszę: w centrum przy domach małe pola namiotowe - cen nie znam ale wyglądają zachęcająco.
Ot i tyle na dziś... Jutro będę próbował dotrzeć do Suwałk ale to ze 130 kilosów, więc może wystarczy Olecko. W każdym bądź razie ciągoty nie słabną!
Pokaż Wielbark-Mikołajki na większej mapie
Start - i wszystko jasne.
Pogoda straszy!
Chata z Klonu, tzn. nie wiem z czego ale z tej wioski.
Wilamowska romantyczność.
Wojnowski klasztorek...
... i cmentarzyk.
Zemsta Juranda!
Ciasne ale własne lokum wagabundy.
Tak, jak zakładałem - ruszyłem po mszy i zrobiłem zdjęcie pod firmą. Pogoda trochę straszyła ale nie było tak źle - żółte ponczo założyłem raptem dwa razy i to na kilkanaście minut. Pierwsza ciekawa miejscowość to Klon z kilkunastoma drewnianymi chałupami o randze zabytku. Na Mazurach to ewenement - niemiecka tradycja budowlana objawiła sie w czerwonej cegle i kamieniu. Ale to pogranicze, pogranicza mają swoje odmienności i dlatego tak lubię je przemierzać. Cmentarze na przykład - zazwyczaj mieszanka nazwisk, czasem wyznań. Niestety te mazurskie wymarły wraz z ewangelikami - czasem można zauważyć jakieś kwiaty, nie wiadomo przez kogo przyniesione, czasem zabłyśnie bejcą nowe ogrodzenie ale nagrobki w rozsypce. A czy wyryte w piaskowcu zacierające się litery Erna Gonschorek nie mówią wszystkiego o historii tych ziem?
Po paru kilometrach było Wilamowo z uroczym wiejskim stawem. Wszystko zadbane, trawka wystrzyżona, płaczące wierzby,ławeczki, kwiaty w oryginalnych rosochatych donicach - gdyby trafiła się ewentualność romantycznego wieczoru tu bym przyjechał!
Potem, cóż... Szara sakwiarska mitręga - niezły asfalt do Karwicy a dalej wyboje aż za Wojnowo. A w Wojnowie - klasztor starowierców i cmentarzyk. Coś tam wcześniej kojarzyłem ale dopiero tu dotarło, że i prawosławie miało swoją reformację w 16 wieku. Tylko, ze instytucjonalna i odgórną. Ci, co się nie dostosowali byli tępieni i musieli szukać nowych miejsc. Co, ciekawe jeden z odłamów zrezygnował z posług kapłanów, twierdząc, że Bóg odebrał ludziom sakramenty. To tzw. bezpopowcy. Ostatnia mniszka z klasztoru w Wojnowie zmarła w 2006 - teraz jest to własność prywatna aczkolwiek udostępniona za "co łaska".
A za Wojnowem skończyły się "mazowieckie" płaskości a zaczęły pagórki " w sam raz" - takie, że podjeżdża się z prędkością 15 km/h a zjeżdża z 30. I tak do Mikołajek. Po drodze był kryzys 60-go kilometra, który zażegnałem kawałkiem czekolady i napojem energetycznym oraz pełnosprawny posiłek w Ukcie. Tzn. taki miał być ale naczekałem się na półsurowe polędwiczki z pół godziny. Nie polecam zajazdu Jurand!
A Mikołajki? Gdybym był nastawiony żeglarsko, może w jakichś tawernach tutejszych znalazłbym klimat. A tak to widzę tłumy i komercję... No jeszcze połażę, to może zmienię zdanie. Trochę żałuję, że rozbiłem się na wielkim kempingu z dala od centrum ale tylko ten namierzyłem przez internet no i był pierwszy z brzegu (do szału mnie doprowadzały wielogodzinne poszukiwania noclegu za poprzednich wypraw - a może gdzieś będzie taniej albo trawa miększa - i zawsze pierwsze miejsce okazywało się najlepsze). A tu proszę: w centrum przy domach małe pola namiotowe - cen nie znam ale wyglądają zachęcająco.
Ot i tyle na dziś... Jutro będę próbował dotrzeć do Suwałk ale to ze 130 kilosów, więc może wystarczy Olecko. W każdym bądź razie ciągoty nie słabną!
Pokaż Wielbark-Mikołajki na większej mapie
Start - i wszystko jasne.
Pogoda straszy!
Chata z Klonu, tzn. nie wiem z czego ale z tej wioski.
Wilamowska romantyczność.
Wojnowski klasztorek...
... i cmentarzyk.
Zemsta Juranda!
Ciasne ale własne lokum wagabundy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
